Sebastian Łupak

Duży Format

Jej obszar napięć
Sebastian Łupak
2007-01-09, ostatnia aktualizacja 2007-01-05 18:29

Aneta Szyłak, lat 47, dyrektorka trójmiejskiej galerii Wyspa. Zamknęli jej Łaźnię. Zbudowała Wyspę, której końca nie widać
Zobacz powiekszenie
fot. Damian Kramski / AG

W wielkiej hali obraz wielkości "Bitwy pod Grunwaldem": tłusty gość w typie Krzysztofa Krawczyka moczy nogi w jeziorku. Ma na sobie tylko slipy i wielki krzyż dyndający na zarośniętej siwą szczeciną klatce. W tle Tatry. Tytuł: "Pozdrowienia z Polski"

W Instytucie Sztuki "Wyspa" jest zimno. Stary dom na terenie Stoczni Gdańskiej pamięta jeszcze Wolne Miasto - niemieckie napisy wyłażą spod łuszczącego się tynku na elewacji byłej zawodowej szkoły budowy okrętów. Jeden piecyk nie jest w stanie ogrzać 80-metrowego biura dyrektorki, które wypełniają graty znalezione na terenie zakładu: stare biurka, podniszczone szafy, ciężkie drewniane krzesła. Na jednej ze ścian z napisem "Ślusarnia" wisi jeszcze lista "odpowiedzialnych za gaszenie światła".

Elektryczna grzałka wystarcza jedynie na chwilowe ogrzanie rąk bądź tylnej części ciała, więc co rusz zamieniamy się z Anetą Szyłak miejscami przy piecyku.

Wyspa - choć nie dostaje grosza z budżetu Gdańska - jest dziś najciekawszą galerią w Trójmieście. Właśnie trwa tu wystawa "Patriotyzm jutra". Nazwa zaczerpnięta została z programu Ministerstwa Kultury, które chce wzbudzać słuszne uczucia w zniechęconym narodzie.

Oglądamy ekspozycję, by się trochę rozgrzać w ruchu.

Kolejna praca przedstawia przekrój przez krowę. Miast informacji: "cielęcina, szponder, boczek, karkówka" mamy odnośniki: "Polacy, Żydzi, Ukraińcy, Białorusini" itd. Podpis: "MY CIERPIELIŚMY WIĘCEJ".

- Nie neguję, że pamięć historyczna i patriotyzm są ważne - mówi Szyłak. - Sama przecież robię projekty na ten temat, ale z pozycji krytycznej, bez tej czapy ideologicznej, bo władza i dominacja muszą podlegać krytyce sztuki.

Ubrana w modny czarno-biały płaszcz kuratorka jest wyraźnie zmęczona. - Nie miałam wolnego weekendu od 1998 roku…

Szyłak jest pracoholiczką. Urodzona w 1959 roku w Pucku absolwentka polonistyki karierę zaczynała w Muzeum Ziemi Puckiej. - Zajmowałam się tam edukacją muzealną, czyli dbaniem o widza, organizowałam zwiedzającym lekcje muzealne - etnografia, historia regionu. Starałam się, by nie było nudno. Przychodzący mogli dotykać i używać eksponatów, publiczność tkała, kuła w kuźni, malowała…

Potem była Galeria "Foyer" i kilka innych, wreszcie gdańskie Centrum Sztuki Współczesnej "Łaźnia". To tu stanęła "Piramida zwierząt" Katarzyny Kozyry (1999) i praca gdańskiego artysty Grzegorza Klamana, dziś partnera Anety Szyłak, przedstawiająca zdjęcia płodów ludzkich. Płody były w słoikach, a zwierzęta - stojące jedno na drugim, jak na pomniku Muzykantów z Bremy - wypchane. Instalacji towarzyszył film pokazujący oprawianie konia w rzeźni.

I za to po raz pierwszy dyrektorka trafiła do sądu. Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami oskarżyło ją o podżeganie do męczenia zwierząt.

- To oskarżenie to był oczywiście pretekst - prycha dyrektorka. - Im przecież nie chodziło o zwierzęta, tylko o zrobienie szumu wokół siebie. Tak samo jak LPR-owi, który oskarżył Dorotę Nieznalską o obrazę uczuć religijnych.

Aneta Szyłak (to była jej druga sprawa) zeznawała jako świadek obrony. Broniąc pracy Nieznalskiej "Pasja" (męskie genitalia wpisane w krzyż plus wideo z siłowni), tłumaczyła sądowi: "Przestrzeń galerii to nie przestrzeń świątyni, galeria to pewien cudzysłów, nawias zezwalający na eksperyment artystyczny".

Dyrektorka robi właśnie doktorat na Goldsmith College w Londynie i w jej wypowiedziach pełno takich zwrotów jak "struktury dominacji, dyskurs, obszary napięć".

Za czasów jej dyrektorowania Łaźnia stała się jedną z najważniejszych galerii polskich. Trzy nominacje do Paszportu Polityki, na wernisażach tłumy: przychodziło po osiemset osób. Ale kontrowersyjne ekspozycje nie podobały się gdańskim politykom prawicy. Zażądali cofnięcia miejskich dotacji dla Łaźni. W 2001 roku zarząd miasta odwołał Szyłak pod zarzutem niegospodarności później obalonym przez regionalną izbę obrachunkową.

- Byłam sfrustrowana, wściekła i rozżalona - wspomina dyrektorka, gdy pijemy kawę. - Zabrali mi dziecko, które wychowywałam sześć lat.

Wyjechała do Nowego Jorku z postanowieniem, że nie wraca. Amerykanie dali jej stypendium dla kuratorów. To było wyróżnienie, bo program obejmował najlepszych kuratorów z całego świata.

- Miałam pieniądze, mogłam sobie chodzić po galeriach i obmyślać wystawy - dyrektorka uśmiecha się znowu. - Ale trzy lata później byłam już z powrotem.

Przyczyną był Grzegorz Klaman, któremu bardzo zależało na stworzeniu w Gdańsku nowej - po Łaźni - niezależnej instytucji artystycznej.

- Tak stworzyliśmy w stoczni Wyspę - mówi Szyłak. - Włożyliśmy już w nią 50 tysięcy złotych z własnej kieszeni, a końca nie widać - macha dłonią w kierunku pożółkłego sufitu, z którego farba odłazi płatami. Wyspa poza biurem pani dyrektor i salami wystawienniczymi dorobiła się jeszcze salki kinowej i pokoju gościnnego dla artystów z zagranicy.

http://www.gazetawyborcza.pl/1,75480,3832179.html?as=1&ias=2&startsz=x

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 License.